Rok: 2011
Miesiąc: Styczeń
Dzień: 3
Miejsce: Doncaster, dom Lou
~*~LOUIS~*~
Moment, w którym będziemy musieli się zmierzyć ze
spojrzeniami całej szkoły musiał nadejść. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale
jak nie teraz, to kiedy? Miałem dosyć ukrywania tego, co czuję do Harry’ego,
więc w niedzielę wziąłem go do siebie na noc, żeby w poniedziałek móc razem z
nim pojechać do szkoły. Luke się zgodził, ale widziałem, że sam się denerwował,
bo tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co mogło się wydarzyć. Byłem szanowany, to
prawda, ale co jeśli ta sytuacja zmieniłaby wszystko? Co jeśli wszyscy
odwróciliby się przeciwko mnie? Nie miałem pojęcia, więc udawałem spokojnego,
żeby Harry nie dostał jakiegoś ataku paniki. Budzik zadzwonił o godzinie
szóstej trzydzieści, więc niechętnie podniosłem się, żeby go wyłączyć, a Harry
wymamrotał coś pod nosem z niezadowoleniem i nakrył głowę poduszką.
- Hej Misiek. – Wyszeptałem czule, ale on nadal nie
zamierzał wstawać. – Dziś nasz wielki dzień.
- Dzień naszej klęski. Wszyscy umrzemy. – Westchnął
pesymistycznie i rzucił poduszkę przez pokój w akcie frustracji. – Szkoła jest
do bani. Komu ona potrzebna?
- Jestem tego samego zdania, ale musimy się z tym zmierzyć.
Pojedziemy tam, chwycę twoją dłoń, a resztę zostawimy im. Niech sami to przeanalizują.
– Wzruszyłem ramionami, ale nie wyglądał na przekonanego.
- No dobra, ale jak coś będą mówić, to ty bierzesz to
wszystko na siebie. – Nadąsał się, a na moją twarz wstąpił lekki uśmiech. Był
uroczy, kiedy tak robił.
- Dobrze, a teraz wstawaj, bo się spóźnimy. – Odkryłem
kołdrę i poszedłem do szafy, żeby wybrać jakieś przyzwoite ciuchy.
- Weź ten biały sweter, który jest po twojej lewej i ciemne
jeansy. – Zza moich pleców dobiegł głos mojego chłopaka.
- Jakieś jeszcze życzenia?
- Tak, nie każ mi iść do szkoły. Bolą mnie plecy i źle się
czuję i to nie ma sensu, żebyśmy szli tam oboje, skoro możesz iść sam.
- Nie ma mowy. Wstajesz, ubierasz się, jesz śniadanie i
jedziemy. – Rzuciłem go poduszką, którą wcześniej wyrzucił.
- Nienawidzisz mnie, prawda? Gdybyś mnie kochał, nie
kazałbyś mi iść do szkoły w takim stanie. – Schował głowę pod kołdrą, więc
zostałem zmuszony, żeby go stamtąd wyciągnąć. Wziąłem go na ręce i podszedłem
do szafy, żeby wybrał sobie ciuchy, które chce ubrać. – Nigdzie nie idę!
- Doprawdy? – Zaśmiałem się na głos i postawiłem go na
ziemi, a on natychmiast wrócił do łóżka, więc pobiegłem za nim i usiadłem obok.
– Skarbie, jeśli tak dalej pójdzie to za miesiąc tam nie dotrzemy.
- I dobrze. – Spojrzał na mnie lekko zmartwiony. Wiedziałem
jakim ciężkim przeżyciem to dla niego będzie. – Boję się.
- Wiem... – Przygarnąłem go do siebie i pocałowałem czule,
a jego ręce zacisnęły się na mojej koszulce. – Będzie dobrze. Obiecuję. –
Wierzchem dłoni pogładziłem jego policzek. – Zresztą... Stan mówił, że po tym
wszystkim, co się stało, szkoła nabrała trochę tolerancji.
- Nie chcę, żeby się nade mną litowali, bo mój ojczym to
psychol. – Wtulił się ze mnie, ukrywając twarz. – Chciałbym, żeby lubili mnie
za to, kim jestem.
- Jestem pewien, że tak będzie, ale żeby się o tym
przekonać, musimy tam pójść.
- No dobrze. Zróbmy to, Lou. Co ma być to będzie. – Odkleił
się ode mnie i pewnego rodzaju determinacja zagościła na jego twarzy.
Wiedziałem, że damy sobie radę, jeśli tylko w to uwierzymy.
- Do dzieła.
Przyjeżdżając pod szkołę, doszedłem do wniosku, że nigdy w
życiu nie byłem tak zestresowany, jak w tamtym momencie. Na parkingu, mimo
zimna, jakie panowało na zewnątrz, wielu chłopaków stało przy swoich
samochodach z papierosami w ustach, albo po prostu rozmawiając z dziewczynami o
tym, jak minął im Sylwester. Kiedyś stałbym obok nich i koloryzował opowieści o
tym, jak witałem Nowy Rok, ale tym razem nie miałem czego udawać. Zgasiłem
silnik i westchnąłem ciężko. Wszystko miało się zmienić, a ja nie wiedziałem
czy jestem na to gotowy. Jeszcze pół godziny temu, byłem przekonany o tym, że
powinienem to zrobić, ale teraz w mojej głowie panował mętlik zbędnych myśli,
które trudno było opanować. Spojrzałem na Harry’ego, który nerwowo skubał
naskórek ze swoich palców i uświadomiłem sobie, że już za późno, żeby się
wycofać. Obok mnie siedział chłopak, który na mnie liczył i ufał mi, więc nie
mogłem go zawieść. Wdech. Wydech.
- Gotowy? – Ciężko przełknąłem ślinę.
- Myślałem, że zastanawiasz się jak się z tego wykręcić. –
Delikatny uśmiech pokrył jego twarz. – Gotowy.
- A więc, zróbmy to. – Chwyciłem jego dłoń i ucałowałem jego
policzek. Harry skinął głową, a ja wysiadłem z auta, żeby otworzyć mu drzwi.
Czułem spojrzenia niektórych ludzi na swoich plecach, ale zachowywałem spokój.
Jedyne o czym myślałem, to mój chłopak i to, że nie mogę stchórzyć. Kiedy
zamknąłem auto, moja ręka szybko odnalazła dłoń Harry’ego, więc ścisnąłem ją
pewnie i ruszyliśmy przed siebie. Na parkingu nagle zapanowała cisza. Na
szczęście nie zaparkowałem zbyt daleko od wejścia do szkoły, więc szybko
znaleźliśmy się wewnątrz. Na korytarzach panowała wrzawa, więc pierwsze metry parteru
pokonaliśmy niezauważeni. Dopiero, kiedy minęliśmy szatnię i drużynę futbolową,
usłyszałem jak ktoś woła moje imię. Zatrzymałem się, a Harry spuścił głowę.
Pierwsze kłopoty? Możliwe.
- Słyszałem, że kręcisz ze Stylesem, ale nie wierzyłem. –
Ujrzałem kapitana drużyny futbolowej. Zmieszany Steve nie wiedział jak zareagować.
- Przeszkadza ci to? – Spytałem unosząc jedną brew.
Ciekawiła mnie odpowiedź.
- Nie, po prostu... Różnie bywało, a mi się wydawało, że
nienawiść przekształca się w miłość tylko w filmach. – Zdałem sobie sprawę, że
tej rozmowie przysłuchuje się połowa ludzi znajdujących się na korytarzu. – Ale
słyszałem o tym co się stało Harry’emu i to dało mi trochę do myślenia. – Od
razu spojrzałem na swojego chłopaka, który niepewnie spoglądał na Steva.
- A więc...? – Obrzuciłem go pytającym spojrzeniem.
- Razem z drużyną postanowiliśmy, że ani Harry, ani nikt
inny nie doświadczy więcej przykrości z naszej strony. To było dziecinne i
bezsensowne. Nie zdawaliśmy sobie prawy z tego, jak ciężko Młody miał w domu, a
w szkole jeszcze pogarszaliśmy sprawę. Głupio wyszło. Sorki Harry. – Wyciągnął
rękę w jego kierunku. – Rozejm?
- Widzę, że pan Sparks ma duży wpływ na młodzież. – Harry
lekko się uśmiechnął i uścisnął jego dłoń. – Ale nie mówny o tym, co się
zdarzyło. Mamy nowy, lepszy rok. Przeszłość zostawiłem za sobą. Wy też
powinniście.
- Masz rację. Trzymajcie się. Oby ten rok był dla ciebie
lepszy. – Szczery uśmiech Steva sprawił, że przestałem się bać reakcji ludzi.
Nie wiedziałem, czy reagował w ten sposób, bo czuł, że powinien, czy naprawdę
było mu przykro.
- Już jest, dzięki. – Harry ścisnął moją dłoń, więc
ruszyliśmy przed siebie. Ludzie obserwowali, szeptali i osądzali, ale ja miałem
to gdzieś. Pierwszą lekcją, jaką mieliśmy mieć, była matematyka. Weszliśmy na pierwsze
piętro, gdzie czekał na nas Stan. Uściskał nas i spytał o reakcje ludzi, więc
opowiedziałem mu wszystko, a Harry usiadł na ławce. Wydawał się być zamyślony,
więc zająłem miejsce obok niego i splotłem nasze dłonie razem.
- Wszystko w porządku? – Spytałem z troską, ale on
zaprzeczył. – Co się dzieje?
- To nie chęć zmian nimi kieruje. Czuję ich litość i chce
mi się ryczeć, wiesz? – Wiedziałem, że łzy napływają mu do oczu, więc
przytuliłem go do siebie. Ludzie wciąż się nam przyglądali, ale nic nie było
ważniejsze od tego, że Harry czuł się źle, a ja nie potrafiłem tego zmienić.
- To się zmieni. Obiecuję. – Wyszeptałem, uspokajająco
gładząc dłonią jego plecy. W tym momencie, na horyzoncie pojawili się
członkowie naszej klasy, którzy nie wydawali się zdziwieni.
- Harry! Pierwsza matma po przerwie od szkoły. Pewnie się
cieszysz. – Lee usiadł obok nas, a Curly otarł łzy i spojrzał na niego
zdezorientowany. – O proszę, nawet się wzruszyłeś. – Widziałem, że starał się
rozładować sytuację. – Pan Sparks nie miał z kim prowadzić lekcji, kiedy cię
nie było.
- Aż tak źle? – Harry zaśmiał się przez łzy, a ja
odetchnąłem z ulgą i posłałem Lee wdzięczne spojrzenie.
- Gdybyś to widział, pewnie załamałbyś się tak samo jak pan
Sparks. Co chwilę powtarzał, że bez ciebie nie ma dla kogo prowadzić lekcji. Na
szczęście znów jesteś w formie i lekcje nabiorą koloru. Pan Sparks liczy, że
nauczyłeś Lou matmy, chociaż to wątpliwe. – Lee spojrzał na mnie jednoznacznie.
- Starałem się, ale masz rację, opornie mu szło. – Harry
pokiwał głową z politowaniem.
- Heeeejjj. – Zbulwersowałem się. – Chociaż z drugiej
strony... Musze przyznać, że uczenie mnie matematyki jest tak samo bezsensowne,
jak próbowanie wytłumaczyć Harry’emu co to jest spalony w piłce nożnej.
- Każdy z nas ma jakieś słabości, ale ja mam ich aż
nadmiar. Mogę wam trochę oddać. – Lee wzruszył ramionami. – Dobra, lecę.
Widzimy się na lekcji. Dobrze cię znów widzieć, Harry.
- Dzięki. – Uśmiechnął się i westchnął. – Chyba nigdy nie
przywyknę do tej sytuacji.
- Przywykniesz. Potrzebujesz czasu, ale dasz radę. –
Ucałowałem jego czoło i razem czekaliśmy na dzwonek. Po jakiś dziesięciu
minutach rozmowy na temat planów na ten semestr, oczekiwany dźwięk dzwonka
wypełnił szkołę. Pan Sparks powitał nas uściskiem i szerokim uśmiechem, co
trochę podniosło Harry’ego na duchu. Po przekroczeniu progu klasy, doznałem
szoku, bo ławki nie stały już pojedynczo, lecz podwójnie.
- Widzę, że wchodzimy w ten nowy rok z rozmaitymi zmianami.
– Zaśmiał się Harry.
- I tak wiem, że odwracalibyście się do siebie przy każdej
okazji, więc postanowiłem wam to ułatwić. Liczę na efektywną pracę w parach. –
Puścił nam oko, a ja uśmiechnąłem się szeroko i usiadłem obok swojego chłopaka.
Wszyscy schodzili się do klasy przez najbliższe dziesięć
minut, ale pan Sparks wydawał się być cierpliwy. Chwycił kredę i napisał na
niej drukowanymi literami napis „TOLERANCJA”. Wiedziałem, że to nie będzie
normalna lekcja, więc rozdziałem się na krześle i czekałem, aż kazanie się
zacznie. Kiedy każde miejsce było zajęte, a moja siostra w końcu dotarła do
szkoły, pan Sparks stanął oparty o swoje biurko i zaczął mówić.
- Po pierwsze, witam was wszystkich w tym nowym roku. Mam
nadzieję, że mieliście udane Święta i Sylwestra. Ręka do góry, kto jeszcze
leczy kaca. – Zaśmiał się, a czterej chłopaków podniosło ręce, niemal leżąc na
ławkach. – Zadziwiające. Po drugie, mamy styczeń, a to oznacza, że jesteśmy
coraz bliżej końcowych egzaminów. Oby pan Tomlinson tym razem je zdał. – Puścił
mi oko, a Harry zaczął się śmiać. – Czyż nie byłoby wstyd, gdyby pan Styles
zdał, a ty nie? – Spytał uszczypliwie, a ja wywróciłem oczami. – Po trzecie i
najważniejsze, witamy z powrotem naszego matematycznie uzdolnionego Harry’ego!
– Kilkoro uczniów zaklaskało, a mój chłopak lekko się uśmiechnął. – Zapewne
połowa z was ma dosyć mojego gadania, ale nie mogę się powstrzymać, żeby coś
skomentować. Jak większość z was zauważyła, Louis i Harry podjęli bardzo
poważną i wymagającą dużej ilości odwagi, decyzję. Naprawdę cieszę się waszym
szczęściem.
- Dziękujemy. – Odpowiedziałem.
- Ale wielu z was nie ma pojęcia co tam naprawdę się
wydarzyło. – Powiedział pan Sparks. – Czytacie gazety, ale nie zawsze to, co
tam piszą jest prawdą. Harry, nie mieszkasz z mamą, prawda?
- Nie. Mieszkam z Lukiem, który przyjaźnił się z moim tatą.
– Sprostował Harry. – Chciałbym też dodać, że w dniu, kiedy mój ojczym został
aresztowany, nie próbowałem popełnić samobójstwa. Louis starał się trzymać mnie
z daleka od mediów, ale zobaczyłem jeden artykuł, który nie zawierał
prawdziwych faktów, więc nie wierzcie we wszystko, co przeczytacie.
- Dokładnie. Wracając do tematu naszej lekcji... Louis,
kiedy zdałeś sobie sprawę z tego, że dręczenie Harry’ego było złe? Kiedy
zacząłeś go tolerować? – Pan Sparks wertował mnie spojrzeniem, a ja sięgnąłem
pamięcią do pewnej nocy...
- Pamiętam jak Harry zadzwonił do mnie, że jego ojczym się
dowiedział o naszej znajomości. Był nerwowy, więc mimo późnej godziny,
zgodziłem się na spotkanie. Wtedy zobaczyłem, że był poobijany i niechcący złapałem
go za nadgarstek, gdzie miał niedbale zawiązany bandaż. Wziąłem go do domu i
zrobiłem porządny opatrunek. Wtedy uświadomiłem sobie, jakim byłem kretynem, bo
przecież Harry miał w domu tyle problemów, że naprawdę nie potrzebował
dodatkowych. Zacząłem się troszczyć i teraz jesteśmy w miejscu, gdzie nie mogę
bez niego żyć. – Stwierdziłem uśmiechając się pod nosem.
- Jak długo wiedziałeś o tym, co działo się u domu
Harry’ego? Dlaczego nie zareagowałeś? – Spytał Troy.
- Nie wiedział. – Odezwał się Harry. – Nie mówiłem mu.
Zabroniłem o to pytać. Nie chciałem jego litości.
- Prawda jest taka, że nieważne jak bardzo starałem się pomóc,
on mnie od siebie odtrącał. Był dzieciakiem, którym władał strach, a ja nic nie
mogłem na to poradzić. Luke był osobą, której zaufał znacznie łatwiej niż mi,
bo tata Harry’emu był jego przyjacielem. Wtedy dopiero zaczął się progres. –
Westchnąłem.
- Widzicie? Właśnie to miałem na myśli, mówiąc wam przed
Świętami, że wasz kolega nie miał łatwo, a wy wcale mu nie pomagaliście. Mam
nadzieję, że wyrzuty sumienia dają o sobie znać, bo ja szczerze powiedziawszy
nie pamiętam sytuacji, w której potraktowałbym kogoś w taki sam sposób, w jaki
wy traktowaliście Harry’ego. Przyznam się, że byłem raczej po drugiej stronie.
To ja pomagałem gnębionym i właśnie w ten sposób mam teraz wspaniałą żonę. Nie
zdajecie sobie sprawy, ilu wartościowych ludzi mijacie na ulicy, ale gdyby ktoś
pierwszy rzucił kamień, zrobilibyście to samo. Wydaje wam się, że będąc popularnym
i szanowanym, wygraliście życie, ale to nieprawda. Harry, co się dla ciebie
liczy najbardziej? – Pan Sparks skrzyżował ręce na piersi i czekał na odpowiedź.
- Uczucie bycia potrzebnym. – Stwierdził bez wahania.
- Ilu z was uważa, że gdybyście nie byli popularni i
bogaci, wasze życie nie miałoby sensu? – Kilkoro osób podniosło dłonie. – Za
pieniądze nie kupicie rodziny, przyjaźni, ani uczucia bycia potrzebnym. Musicie zdać sobie sprawę z tego, że
najważniejsze wartości w życiu są darmowe, tylko musimy patrzeć uważnie, żeby
je dostrzec. Cieszę się, że Louis zdał sobie z tego sprawę i postanowił
obdarzyć Harry’ego miłością, której mu tak brakowało. Najgorsza jest samotność
w tłumie, a wielu ludzi w tej szkole przechodzi przez coś takiego. Jeśli
widzicie, że ktoś siedzi sam, podejdź i zapytaj jak się czuje. Kiedy ktoś je
sam lunch, przysiądź się, może akurat będziecie mieli podobne zainteresowania.
Jeśli zobaczycie, że ktoś jest wyśmiewany, nie bójcie się stanąć w jego
obronie. Brawa należą się Lily Tomlinson, która od początku broniła waszego
kolegi. Naprawdę mam nadzieję, że nienawiść w tej szkole stanie się czymś
obcym. Osoby homoseksualne to też ludzie, nie zapominajcie o tym. Jeśli zobaczę
kogokolwiek, namawiającego innych do zrobienia czegoś wbrew słowu napisanemu na
tablicy, zadbam, aby jego lub jej kariera w tej szkole dobiegła końca. Louis i
Harry są pierwszą parą homoseksualną w naszym liceum i liczę, że wykażecie się
wsparciem, na jakie zasługują. Louis i Harry – cieszę się, że postanowiliście
się ujawnić. W razie jakichkolwiek problemów, zawsze możecie na mnie liczyć. Co
do reszty... Lily Tomlinson postanowiła założyć Koło Tolerancji Uczniowskiej,
gdzie jakiekolwiek formy nietolerancji będą zwalczane. Możecie zapisać się już
teraz, więc-
Kilkoro uczniów podeszło do ławki, w której siedziała Lily.
Chcieli się zapisać i pomóc tym, którzy nie mówią wystarczająco głośno, żeby
zostać usłyszani. Widząc, że w klasie zapanował chaos i większość ludzi
otoczyło moją siostrę, pochyliłem się nad Harrym i ucałowałem jego usta.
Widziałem, że był lekko roztrzęsiony, bo zbyt dużo ludzi skupiało na nim uwagę.
- Wszystko okej? – Spytałem gładząc dłonią jego knykcie.
- Tak, ale... Dziwnie się czuję. Jakby coś nowego miało się
zacząć, a my patrzymy jak ta stara epoka odchodzi. To nasz nowy start, Lou.
Szkoła ma Koło Tolerancji Uczniowskiej, my nie musimy się ukrywać, Mark pójdzie
do więzienia, czy może być lepiej? – Spojrzał na mnie z iskierkami w oczach. –
Jestem szczęśliwy. Bardzo szczęśliwy.
- Ja też jestem szczęśliwy, Skarbie. Wszystko zmierza ku
dobremu. Po tylu miesiącach deszczu, w końcu wyszło słońce. – Oparłem swoje
czoło o jego, a radość tańczyła w jego tęczówkach.
- Niech świeci jak najdłużej.
~*~PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ~*~
Rok: 2011
Miesiąc: Lipiec
Dzień: 3
Miejsce: Derwent Reservoir
~*~HARRY~*~
Wakacje. Dwa miesiące zasłużonego odpoczynku po najcięższym
roku w moim życiu. Ku zaskoczeniu wszystkich, Louis zdał egzaminy, a jego wynik
bał porównywalny z moim, więc wielu ludzi miało powód, żeby być z niego dumnym.
Oficjalnie byliśmy absolwentami liceum, ale wciąż znaki zapytania pojawiały się
przy odpowiedzi na pytanie, co chcemy robić w przyszłości. Luke nalegał,
żebyśmy poszli na studia, ale chyba nie byłem jeszcze na to gotowy. Nie miałem
pojęcia co chcę studiować, tym bardziej Louis. Wszystko było niepewne, więc
wolałem raczej dać sobie czas na znalezienie w życiu celu. Na razie jedyne o
czym marzyłem, to odpoczynek i właśnie w tym celu pojechaliśmy w dobrze znane
mi miejsce. Jezioro, nad którym wraz z Lou, Mattym, Lily i Stanem się znajdowałem,
było tym samym, gdzie w zeszłym roku zostałem skrzywdzony. Wiele dni
spędziliśmy na zastanawianiu się, czy to dobry pomysł, ale miałem swoje powody,
dla których chciałem tu przyjechać. Luke i Gemma rozmawiali z moim
psychologiem, który stwierdził, że to dobry pomysł, skoro sam to
zaproponowałem, więc dali mi wolą rękę. Pomimo przykrego wspomnienia, to
miejsce było piękne i cieszyłem się, że mogłem tu być wraz z przyjaciółmi.
Siedziałem na piasku i obserwowałem jak Lily i Matty
pływali w jeziorze, kiedy ktoś usiadł za mną i ucałował mój kark. Wiedziałem,
że to Lou, więc obróciłem głowę, żeby go pocałować. Ostatnie miesiące wymagały od
nas dużo wysiłku. Długie godziny spędzaliśmy przy książkach i u psychologów,
żeby stanąć na nogach. W międzyczasie odbywały się rozprawy sądowe, w których
moja matka upierała się, żebym mimo wszystko został pod jej opieką, ale Luke,
Gemma i nasz prawnik mieli mocne powody, żeby tak się nie stało, więc od pięciu
miesięcy byłem pod prawną opieką Luka. Ku mojemu zaskoczeniu, Gemma
zamieszkała nami na stałe, a Louis i ja
otrzymaliśmy większe łóżko, więc dużo czasu spędzał u mnie. Nie zapomnieliśmy
jednak o Lily i pani Tomlinson. Siostra Lou uczyła się razem z nami, więc nasza
przyjaźń się wzmocniła jeszcze bardziej. Za to moja przyszła teściowa,
zachęcała, żebym razem z jej synem, spędzał więcej czasu w ich domu, bo nie
miała dla kogo gotować. Podsumowując minione miesiące, wszystko potoczyło się
dobrze. Mark został dwadzieścia pięć lat więzienia, co nie usatysfakcjonowało
mnie, ale nic nie mogłem na to poradzić. Wciąż bałem się, co się stanie, kiedy
on opuści więzienne mury, ale jak na razie nie miałem powodów do obaw. Wiedziałem,
że dopóki Louis jest ze mną, nic mi nie grozi.
- O czym myślisz? – Delikatny głos mojego chłopaka dotarł
do moich uszu.
- O tym jak wiele się wydarzyło przez ostatnie miesiące.
Moja matka jest w Stanach, Luke i Gemma się mną zajmują, zdaliśmy egzaminy,
przytyłem i ja nie mam ani jednego siniaka. Nie pamiętałem tej strony życia, a
teraz jest jak dawniej. To niesamowite. – Powiedziałem pełen kłębiących się
wewnątrz emocji.
- Oh Harry... – Louis oplótł ramionami mój pas i wtulił się
w moje plecy.
- Wiem, że ostatnio mieliśmy dużo takich ckliwych rozmów,
ale pamiętam jak rok temu siedziałem na tym piasku i zastanawiałem się, kiedy
cokolwiek się zmieni. Teraz jestem tu z tobą i nie chciałbym, żeby cokolwiek
się zmieniło. Minął zaledwie rok. Nadal niedowierzam.
- Rok temu chodziłem od imprezy do imprezy i nie pamiętałem
imion dziewczyn, z którymi sypiałem. – Westchnął ciężko.
- Pamiętasz minę Eleanor, kiedy wróciła do szkoły i
zobaczyła nas razem? – Zachichotałem. To był bezcenny widok.
- Myślałem, że mnie zabije. – Lou wstał i usiadł
naprzeciwko mnie. Włosy zdążyły mu urosnąć, więc grzywka opadała mu na oczy.
Uśmiechnąłem się do siebie i odgarnąłem ją na bok. – Co cię bawi? – Spojrzał na
mnie pytająco.
- Nic. Pamiętam jak miałeś krótsze włosy, a teraz mógłbym
ci robić kucyki na czubku. – Szeroki uśmiech zagościł na mojej twarzy, a Louis
pokiwał głową z politowaniem. – Idziemy na spacer?
- Już myślałem, że będziesz tu siedział do wieczora. –
Zaśmiał się na głos i wstał, podając mi dłoń.
Szliśmy wzdłuż jeziora trzymając się za ręce. Lou nie miał
pojęcia, że zbliżaliśmy się do miejsca, w którym Mark dokonał swojej zbrodni.
Pewniej ścisnąłem jego dłoń, a on zatrzymał się i spojrzał na mnie. Nie
chciałem psuć panującej między nami atmosfery, więc wydukałem najgłupsze słowa
na świecie.
- Wszystko w porządku, chodźmy. – Pociągnąłem go rękę, ale
nie ruszył się w miejsca, więc spuściłem głowę.
- To tu, prawda? – Spytał unosząc mój podbródek.
- Tam. – Wskazałem palcem na miejsce, na widok którego
robiło mi się słabo. Louis od razu przyciągnął mnie do siebie i przytulił
mocno. – Nie będę płakał. – Zapewniłem.
- To już więcej się nie wydarzy. To przeszłość, słyszysz?
Mark jest w więzieniu, a ja nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić. Jesteś
bezpieczny. – Szeptał, a ja byłem niesamowicie wdzięczny, że go mam.
- Kocham cię.
- Ja też cię kocham, ale chodźmy już stąd. – Odsunąłem się
od niego i skinąłem głową. Louis odwrócił się do mnie tyłek i przykucnął
minimalnie. – Wskakuj na plecy, dzieciaku.
Słysząc to, uśmiechnąłem się szeroko i zrobiłem, co mi
powiedziano. Louis zdążył przywyknąć do tego, że emocjonalnie znajdowałem się
na poziomie sześciolatka, więc noszenie mnie na plecach było na porządku
dziennym. Tych kilka miesięcy pokazało, że Lou traktował mnie poważnie i nie
był ze mną tylko dlatego, że czuł wyrzuty sumienia po tym beznadziejnym
zakładzie.
Do domku dotarliśmy po chwili. Louis postawił mnie na ziemi
i ucałował moje czoło. Widziałem przez okno, że wszyscy byli w środku, więc
postanowiliśmy do nich dołączyć.
- Co tam? – Spytałem siadając na fotelu. – Jaka jest woda w
jeziorze? Jak ciepła to idę wkładać kąpielówki.
- Jest przyjemnie ciepła. – Stwierdził Matty, na co Louis
od razu poszedł na górę, żeby się przebrać. – Jak tam spacer?
- Byliśmy tam. –
Westchnąłem. – Myślałem, że będzie łatwiej. – Lily podeszła do mnie i dała
jeden z najlepszych uścisków na świecie.
- Nie dziw się, że było ci trudno. To pierwszy raz, kiedy
musiałeś się z tym zmierzyć. – Stwierdził Stan. – Teraz będzie już tylko
lepiej. Nie łam się młody.
- Wiem, dzięki. – Uśmiechnąłem się do siebie. – Mam do was
prośbę. Moglibyście wieczorem wyjść na jakieś dwie, może trzy godziny? Mam
pewien plan i... Nie jestem pewien czy czulibyście się komfortowo, gdyby z
naszej sypialni dochodziły dziwne dźwięki. – Czułem, że się rumienię, ale nadal
nie spuszczałem wzroku. Wyraz twarzy Lily był bezcenny.
- O mój Boże, ty chcesz TO zrobić! – Zakryłem jej usta
dłonią.
- Ciszej! – Skarciłem ją, ale skinąłem głową. – Chcę.
- Nie wierzę. – Stwierdził Stan. – Ale na mnie możesz
liczyć. Pójdę do baru i będę pił za wasze szczęście.
- Pójdziemy z tobą. – Zgodził się Matt. – Stresujesz się?
- Bardzo. – Przygryzłem wargę. – Ale chcę tego. Planowałem
to od miesiąca. Kupiłem wszystko w tajemnicy przed Lou i teraz nie ma odwrotu.
Jeśli on tego nie będzie chciał, to chyba się zabiję. – Zażartowałem, ale Lily
spiorunowała mnie spojrzeniem. – Liluś, to był żart. Ż-a-r-t.
- Nie strasz mnie tak, kretynie. – Odetchnęła z ulgą, a mój
Apollo pojawił się na dole. Sesje na siłowni z Lukiem były zdecydowanie
genialnym pomysłem, bo wyglądał cholernie dobrze. Zostawiłem wszystkich w
salonie i poszedłem się przebrać. Czułem jak trzęsą mi się ręce, ale uśmiech
gościł na mojej twarzy. Ten dzień będzie jednym z niezapomnianych. Byłem tego pewny.
- Harry, zaczyna się robić zimno. Wyjdźmy już z wody.
- Ale narzekasz. – Zaśmiałem się i ochlapałem go wodą. – No
dobra, chodź tu. – Złapałem go za rękę i przyciągnąłem w swoim kierunku. –
Pocałuj mnie. – Wyszeptałem patrząc mu prosto w oczy. Lou pochylił się nade mną
i pocałował delikatnie. Poczułem jego ręce na swoich biodrach. Uniósł mnie do
góry, więc oplotłem nogami jego pas i wplotłem ręce w jego mokre włosy. Louis
zaniósł mnie na brzeg i położył na ręczniku. Po chwili odsunął się ode mnie i pocałował
mój nos.
- Gdzie są wszyscy? – Wyszeptał, więc podniosłem się do
pozycji siedzącej i przygryzłem wargę. – Harry?
- Poprosiłem, żeby ich nie było... – Westchnąłem, a moje
zdenerwowanie rosło.
- Dlaczego? – Wyglądał na zdziwionego. Co miałem mu powiedzieć?
Nie miałem pojęcia.
- Myślę, że to ten moment, w którym chciałbym... Ehh...
- Chciałbyś co, Harry? – Chwycił moją dłoń.
- Chciałbym się z tobą kochać, Lou. – Spojrzałem na niego
niepewnie. Widziałem, że wstrzymał na chwilę oddech. Między nami panowała
krępująca cisza, więc byłem pewien, że Louis tego nie chce.
- Jesteś pewny? – Przysunął się do mnie, a ja jedynie
dynamicznie skinąłem głową.
- Nie chcesz tego, prawda? – Spuściłem wzrok, a on się
zaśmiał. – Co cię bawi?
- Naprawdę myślisz, że mógłbym tego nie chcieć? Ja po
prostu... Boję się, że cię skrzywdzę. – Powiedział poważnym tonem. – Nie
chciałbym, żebyś przeze mnie cierpiał.
- Zamknij się, Lou. – Powiedziałem i pchnąłem go na
ręcznik, siadając na nim okrakiem, przyciskając go za nadgarstki do ziemi.
Pochyliłem się nad nim i obdarowałem namiętnym pocałunkiem. – Lubrykant i
prezerwatywy mam w sypialni. – Wyszeptałem mu do ucha.
- Zaplanowałeś to. – Wychrypiał, a na mojej twarzy pojawił
się figlarny uśmiech. – Myślałem, że masz sześć lat. – Zaśmiał się.
Puściłem jego ręce i wstałem na nogi. Obrzuciłem go
kuszącym spojrzeniem i poszedłem w stronę domku. Wiedziałem, że poszedł za mną,
bo w progu domku jego ręce spoczęły na moim pasie. Razem wdrapaliśmy się po
schodach na górę, gdzie Louis wziął mnie na ręce i zaniósł prosto do sypialni.
- Dlaczego chcesz to zrobić akurat tutaj? – Spytał, kładąc
mnie na łóżku i całując każdy centymetr mojej szyi.
- Chciałbym to miejsce wspominać dobrze. Mój ojczym bardzo
mnie tu skrzywdził, ale jestem pewien, że możesz wymazać to wspomnienie z mojej
pamięci. Kochaj się ze mną, Lou. – Wyszeptałem przygryzając własną wargę.
- Który z nas będzie, em...
- Powinieneś być na górze. – Odpowiedziałem od razu.
- Dobrze. Jesteś pewny?
- Louis. – Spojrzałem na niego jednoznacznie. – Jestem pewny.
– Lou skinął głową i wrócił do całowania mojej szyi. Każdy jego pocałunek wydawał
się być przemyślany, dopracowany i pełen pasji. Przymknąłem powieki i
rozkoszowałem się dotykiem jego ust, które szybko znalazły swoje miejsce na
moim torsie. Westchnąłem cicho i oddychałem miarowo. Do tej pory mieliśmy kilka
intymnych sytuacji, ale nigdy nie posunęliśmy się dalej niż pocałunki. Każdy z
nas zaspokajał się samodzielnie, bo bałem się jakiegokolwiek dotyku w tamtych
rejonach, ale to już przeszłość. Nie bałem się.
- Drżysz. – Szept Lou otulił moją twarz, a jego usta
delikatnie musnęły moje.
- Nie przerywaj. Przejdzie mi. – Wychrypiałem, a Louis powrócił
do calowania linii wzdłuż mojego torsu. Kiedy dotarł do mojego podbrzusza,
przyjemne uczucie rozlało się po moim ciele i kolejne westchnięcie opuściło
moje usta. Każdy jego ruch był subtelny, więc zanim się zorientowałem, jego
dłoń gładziła wewnętrzną stronę mojego uda. Czułem, że zaczynam robić się
nieprzyjemnie twardy, więc poruszyłem
się na materacu, a Louis posłał mi uśmiech.
- Jesteś niecierpliwy. – Wyszeptał i jednym ruchem zdjął ze
mnie kąpielówki. To był pierwszy raz, kiedy znajdowaliśmy się w takiej
sytuacji, chociaż widzieliśmy siebie nago. Na początku czułem się niezręcznie,
ale po chwili poczułem coś nieoczekiwanego. Ciepłe usta Louisa na moim
przyrodzeniu były czymś obcym, ale przyjemnym. Wiedziałem, że to był też jego
pierwszy raz, więc nie spodziewałem się, że mógłby to zrobić.
- Nie musisz tego robić. – Westchnąłem, oddychając coraz
szybciej.
- Chcę. – Powiedział pewnie i wrócił do swojego
wcześniejszego zajęcia. Zacisnąłem ręce na prześcieradle i starałem się
kontrolować odgłosy, które opuszczały moje usta.
- Lou... – Jęknąłem. – Moja kolej.
- Nie dziś, Kochanie. – Podniósł się do pozycji siedzącej,
a jego ręka zastąpiła usta. – Jestem wystarczająco twardy i bez twojej pomocy. –
Pocałował mnie czule i uśmiechnął się szeroko. – Gdzie masz ten lubrykant?
- W szufladzie po twojej lewej. To znaczy... Prawej.
Przepraszam. – Wciąż czułem dłoń Lou poruszającą się rytmicznie na moim
członku. Na chwilę przestał, więc wziąłem głęboki oddech, a dwie sekundy
później znalazł się między moimi nogami z lubrykantem i prezerwatywą.
- Potrzebujemy to? – Spojrzał na kwadratowe, błyszczące opakowanie.
- Jestem zdrowy, więc chyba nie. Kupiłem, bo używają ich w
pornolach. – Wzruszyłem ramionami, a Louis wyrzucił prezerwatywę za siebie i
przywarł do moich ust. – Zdejmij kąpielówki.
- Wiem, Słonko. – Odsunął się ode mnie i pozbył się
przeszkadzającego elementu garderoby. Naprawdę wydawał się być twardy. Louis
przyłapał mnie na tym, że się patrzyłem, więc ukryłem twarz w dłoniach i
czułem, że się rumienię. – Będę musiał cię prosić, żebyś zgiął i rozchylił
bardziej nogi. – Skinąłem głową i wykonałem jego prośbę. Wiedziałem, że będzie
ciężko. – Rozluźnij się, dobrze? – Zamknąłem oczy i jedyne co słyszałem to
odgłos otwierania buteleczki z lubrykantem, a już po chwili poczułem zimną maź
w tamtych rejonach. Spiąłem się odrobinę, co nie uszło uwadze Lou. – Skarbie,
nie chcę cię skrzywdzić, więc musisz się rozluźnić. – Ucałował moje udo, a jego
palec delikatnie naparł na wrażliwe miejsce. Starałem się nie spinać i chyba mi
się udało, bo Louis powoli wsadził jeden palec. Dał mi chwilę, żebym się
przyzwyczaił, po czym zaczął poruszać nim delikatnie. – Wszystko w porządku?
- Tak. – Wydyszałem lekko oszołomiony.
- Boli? – Zaprzeczyłem. Ruchy Lou sprawiły, że totalnie
odleciałem i nie czułem już nerwów. Byłem gotowy na wszystko. – Drugi palec? –
Spytał subtelnie, a ja skinąłem głową. Nie byłem zbyt rozmowny w tamtym
momencie. Poczułem więcej ziemnej mazi przy swoim wejściu i drugi, powoli
wsuwający się do środka palec. Tym razem było ciężej, ale nie odczuwałem bólu.
Louis znów zatrzymał się na moment, kiedy oba palce znalazły się wewnątrz, ale
to nie było konieczne.
- Nie musisz czekać. – Oznajmiłem, na co Louis wyciągnął palce
i włożył znów. Jęknąłem głośniej niż wcześniej, więc Louis zamarł. – Nie boli,
kontynuuj.
- Okej... – Wyszeptał i wrócił do przygotowywania mnie na
finał.
- Myślę, że już możesz. – Oznajmiłem otwierając oczy. Lou
jedynie skinął głową i wyjął oba palce. Przez moment poczułem się pusty, ale
wiedziałem, że to nie potrwa długo. Obserwowałem jak Louis porywa swoje
przyrodzenie w lubrykancie i nie wierzyłem, że to miało za chwilę się wydarzyć.
- Gotowy? – Ciepły i subtelny głos mojego chłopaka sprawił,
że wszystkie wątpliwości odeszły.
- Jak nigdy
przedtem. – Delikatny uśmiech zagościł na mojej twarzy, więc Louis przysunął się
bliżej. Moment, w którym poczułem lekkie naparcie sprawił, że spiąłem się, ale
zanim Lou zdążył cokolwiek powiedzieć, wziąłem głęboki oddech i rozluźniłem
się. Musiał to poczuć, bo delikatnie pchnął, a fragment całej jego długości był
we mnie. Delikatny dyskomfort zaczął mi doskwierać, ale wiedziałem, że Louis
nie zamierzał mnie skrzywdzić. Kiedy wsunął się do końca, łzy napłynęły mi do
oczu, ale nie chciałem, żeby przerywał.
- Harry. – Louis pochylił się nade mną i pocałował
delikatnie. – Nie musimy tego robić. Mam przestać?
- Nie. Jeśli przestaniesz, to cię zabiję. Przysięgam. –
Mówiłem zdeterminowany. – Przywyknę do tego uczucia i będziemy kontynuować.
Jest dobrze. Nie martw się. – Zapewniłem i wziąłem głęboki oddech. Zajęło mi
parę sekund, żeby się ogarnąć, ale w końcu mi się udało. – Rusz się, Tomlinson.
– Powiedziałem z desperacją, a Louis delikatnie zaczął obierać swój własny
rytm. Na początku było dziwnie, ale z czasem uświadomiłem się w fakcie, że z
jakiegoś powodu, geje na całym świecie to uwielbiają.
- Harry... – Ciche westchnięcie opuściło usta Lou, a on sam
przyspieszył. W pewnym momencie poczułem jak delikatny punkt wewnątrz mnie został
poruszony, a moim ciałem zawładnęła przyjemność, więc głośny jęk przeszył
powietrze. Tym razem Louis nie odebrał tego jako reakcję na ból, więc ponownie
uderzył w to samo miejsce, a moje jęki zaczęły stawać się częstsze. Lou także
nie starał się być cicho, bo pojedyncze przekleństwa opuszczał jego usta
średnio co trzy sekundy. Po chwili Louis zdecydował pochylić się do przodu i
pocałować mnie namiętnie, co sprawiło, że temperatura mojego ciała wzrosła
jeszcze bardziej.
- Kocham cię Harry. – Wyszeptał patrząc prosto w moje oczy.
- Ja też cię kocham Lou, ahhh. – Jęknąłem głośno, aż echo
odbiło się od ścian.
Po tym całkowicie straciliśmy kontrolę. Louis poruszał się
we mnie szybko, a nasze naprzemienne jęki wypełniały cały domek. Nie zajęło nam
długo, żeby dojść na szczyt erotycznych doznań. Fala niezmiernej przyjemności
oblała nasze ciała, pozwalając nam szczytować wspólnie. Nagle w pokoju zapadła cicha,
którą przerywały jedynie nasze miarowe oddechy. Kiedy przestałem się trząść, wtuliłem
się w Lou i zamknąłem oczy. Ta chwila była idealna. Marzyłem, żeby tak pozostało
już zawsze. Louis jakby czytając w moich myślach, okrył nas kocem i powiedział:
- Chciałbym, aby ta chwila trwała wiecznie.
- Ja też Lou., ja też...
~~~~~~~
Każdy kiedyś przechodzi przez swój osobisty koniec świata.
Mały i rozbity na kawałki świat Harry’ego, był roztrzaskiwany i sklejany wiele
razy. Śmierć ojca, obojętność matki, odejście siostry, przybycie ojczyma,
gwałt, nienawiść w szkole. Harry nigdy nie sądził, że jego życie kiedykolwiek
mogłoby się polepszyć. Wątpił, że dożyje momentu, w którym z dumą przyzna, że
jest szczęśliwy i o niczym już nie marzy, bo wszystko, o co mógłby prosić los,
miał przy sobie. Rzadko zdarzało mu się patrzyć w przyszłość, bo nie zapowiadała
się dobrze.
Wiele rzeczy się zmieniło. Myśląc o tym, wciąż nie dowierzał,
że to właśnie jemu przytrafił się taki fart.
Z pragnienia śmierci, do pełni szczęścia.
Ze strachu przed dniem jutrzejszym, do ciekawości co może
przynieść życie.
Z przepłakanych nocy, do godzin spędzonych na rozmowie z
ukochaną osobą.
Z uczucia odrzucenia, do bycia potrzebnym.
Z niewypowiedzianych słów, do wygłaszania swojej opinii.
Z siniaków i ran, do czystej, niesplamionej skóry.
Z sześciu stóp pod ziemią, do trzech metrów nad niebem.
Z nienawiści, do miłości.
Z tragicznego finały, do „żyli długo i szczęśliwie”.
~Koniec~
__________________________________________________
Ryczę, żegnajcie przyjaciele. ;___________;